"Droga do mistrzostwa" film ze zgraniem 5.1 w TOYA Studios - wywiad z reżyserem Bartkiem Konopką

Kora opowiada o wyjściu z ciemności, Holland - o wyzwaniach, Olbiński - o sprzymierzeńcach, Stańko - o konfrontacjach, Gajos - o intuicji. Wszystko w filmie Bartosza Konopki "Droga do mistrzostwa".
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
Bartosz Konopka jest autorem nominowanego do Oscara dokumentu "Królik po berlińsku" i fabuły "Lęk wysokości" opartej na osobistych doświadczeniach reżysera zmagającego się z chorobą psychiczną ojca. W "Drodze do mistrzostwa" wyciągnął esencję z życia pięciu wybitnych polskich twórców w serii etiud. Premiera odbyła się 5 kwietnia. A w niedzielę 24 kwietnia o godz. 19 w sieci kin Cinema City w całej Polsce odbędzie się specjalny pokaz filmu.



Rozmowa z Bartoszem Konopką, reżyserem filmowym

Anna S. Dębowska: Czym jest dla pana mistrzostwo?

Bartosz Konopka: W tym filmie na pewno nie chodzi o mistrzostwo w sztuce, mimo że jego bohaterami są artyści. Pokazuję ludzi, którzy w swoim życiu pokonali wiele trudności, podjęli wiele wyzwań, nie wiedząc, jaki będzie finał ich starań, i wyszli zwycięsko z tej konfrontacji - nie tylko ze światem zewnętrznym, ale również z samymi sobą. Dzięki temu mają w sobie siłę wewnętrzną, która może oddziaływać na innych.

Pan potrzebuje mistrza?

- To miał być film o ludziach reprezentujących różne dziedziny kultury, których życie może być dla innych wzorem pokonania słabości i przeciwności losu. Propozycję dostałem w ważnym dla mnie okresie. Sam dziś robię rachunek sumienia i staram się być maksymalnie szczery w stosunku do siebie. Wybrałem zawód, w którym łatwo uwierzyć we własne fantazje na swój temat. Tworzenie miało być dla mnie formą autoterapii, ale w branży filmowej, w której walczy się o sukces i duże pieniądze, łatwo wpaść w pułapkę samooszukiwania się. Na pewien czas przestałem robić filmy, chciałem uczciwie żyć ze sobą. A moi bohaterowie to ludzie, którzy przeszli podobną drogę, choć są dużo dalej ode mnie. Ja jestem na etapie pokonywania wewnętrznych trudności i tego uchwyciłem się w odniesieniu do bohaterów.

Kora opowiada o wyjściu z ciemności, Agnieszka Holland - o wyzwaniach, Rafał Olbiński - o sprzymierzeńcach, Tomasz Stańko - o konfrontacjach, a Janusz Gajos - o intuicji.

- To ciekawe, że bliskie mi wątki odnalazłem w bohaterach w pewnym sensie mi narzuconych. To firma BMW, producent filmu, wybrała te osoby, ale nie pod kątem ich sławy, ale dlatego że mogą być wzorem dobrych postaw. Liczyło się nie to, czy ktoś sprzedał miliony płyt lub zrobił film w Hollywood, ale coś bardzo ludzkiego.

Z tych pięciu osób znał pan wcześniej tylko Agnieszkę Holland.

- Była dla mnie mentorem, mistrzem. Nie tylko dlatego, że pochwaliła mnie za dokument "Ballada o kozie" i zaproponowała pomoc, a potem została opiekunem artystycznym mojej pierwszej fabuły, "Lęku wysokości", ale także ze względu na siłę jej charakteru. I właśnie pod tym kątem zrealizowałem poświęcony jej fragment, etiudę pt. "Wyzwanie", którą oparłem na retrospekcji. Osoba, która osiągnęła wewnętrzną harmonię, patrzy na siebie taką, jaką była w młodości: zbuntowaną i bezkompromisową. W latach 70. przez długi czas z przyczyn politycznych nie pozwalano jej robić filmów, żyła w przeświadczeniu, że już nic nie nakręci, a mimo to nigdy nie poszła na kompromis.

Nazwisko Holland było wyklęte ze względu na osobę ojca reżyserki, dziennikarza Henryka Hollanda, który przekazał zachodnim mediom treść referatu Chruszczowa o zbrodniach Stalina, został oskarżony o szpiegostwo na szkodę Polski Ludowej i popełnił samobójstwo.

- Na planie Agnieszka mówi o tym, jak Andrzej Wajda chciał ją adoptować i dać jej nazwisko, żeby mogła pracować jako reżyser, ale ona odmówiła, bo chciała pozostać przy swoim. Gdy w moim życiu pojawia się trudny moment, np. ktoś odrzuca mój projekt, myślę wtedy o Holland, że ona miała dziesięć razy trudniej niż ja, a się nie poddała. Warto urządzać swój świat na własnych zasadach. To jest ważna lekcja, którą odebrałem od Agnieszki.

Ktoś wydał się panu szczególnie bliski?

- W każdym coś takiego się znalazło. Nawet w Tomaszu Stańce, który jest przecież kompletnym outsiderem. Ćpał, pił, szedł na zatracenie, na śmierć. W filmie mówi, że wypadły mu od tego zęby. Ale grał dalej, zawziął się, wyszedł z dołka, nie zapadł się jeszcze bardziej. To dla nas wszystkich przykład, że jest nadzieja.

Kora też wyszła z ciemności.

- Konfrontuje się z ciężkim dzieciństwem, biedą, chorobą matki, rozdzieleniem z siostrą, samotnością i przemocą, z którą zetknęła się w sierocińcu prowadzonym przez zakonnice. W filmie ona wraca do siebie jako do dziecka, przytula je, godzi się z tym gorzkim doświadczeniem.

To był pana pomysł, żeby Janusz Gajos zagrał historię swojego życia?

- On opowiedział mi swój sen: jest w podziemiach teatru, błądzi, nie może wyjść, a słyszy, że już grają uwerturę do opery, w której on ma wykonać arię, ale wie, że nie umie śpiewać, więc zatrzymuje się przed wejściem na scenę. Tę etiudę kręciliśmy za kulisami Teatru Wielkiego - Opery Narodowej.

A Rafał Olbiński to u pana satyr obsesyjnie skupiony na kobiecym ciele.

- Kobiety odegrały istotną rolę w jego życiu, ale były też udręką. On się w tej fascynacji pogubił, ale też przenosił ją na płótno i to go ratowało. W tym sensie kobiety były dla niego sprzymierzeńcami. Olbiński obnaża się w tym filmie chyba najbardziej. Ten nowojorski playboy mówi na koniec o swojej samotności, opuszczeniu. I nie ma w tym pozy, tylko zakłopotanie. Młoda, ładna kobieta, z którą pije herbatę z rumem, to jego córka.



Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75410,19952342,bartosz-konopka-o-drodze-do-mistrzostwa-podbic-hollywood.html#ixzz46vS3XsAo


zamknij Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.